Nałóg 2.0, czyli "elektroniczna heroina" Internetu

W ubiegłym roku władze Tajwanu poważnie zastanawiały się nad karaniem mandatami nieostrożnych pieszych, którzy podczas przechodzenia przez ulicę nie odrywają oczu od ekranów smartfonów. Na 23 miliony Tajwańczyków aż 14 aktywnie korzysta z mobilnego Internetu. Pomysłodawcy kontrowersyjnej ustawy zasugerowali, że spora część tej grupy może być od swoich urządzeń uzależniona, i to do tego stopnia, że wkraczając na pasy – nawet na ruchliwych skrzyżowaniach – nie przerywa surfowania. Co zaś w połączeniu z chaosem komunikacyjnym na tamtejszych drogach zwielokrotnia ryzyko wypadku i śmierci.

Azja obecnie przoduje w rankingach wszelakich technologicznych uzależnień. Skalę problemu ujawnił m.in. głośny przypadek nastolatka z Korei Południowej, który zmarł z wyczerpania po kilkudziesięciu godzinach nieprzerwanej gry na komputerze. Niemniej szokujący dla światowej opinii publicznej był pokazany w ubiegłym roku na festiwalu w Sundance film dokumentalny „Internetowe ćpuny”. Jest to wstrząsająca relacja z ośrodka na przedmieściach Pekinu, gdzie za pomocą drakońskich metod rodem z obozów przetrwania aplikuje się chińskiej młodzieży cyfrowy odwyk. Historie takie jak ta o chłopcu, któremu rodzice musieli podać leki nasenne, ażeby móc przywieźć go na leczenie, nie są tam niczym niezwykłym. Dyrekcja chwali się 70-procentową skutecznością.

Są to przykłady może i ekstremalne, niemniej trudno zaprzeczyć, że wraz z błyskawicznym rozwojem Internetu rozrasta się margines związanych z nim patologii. Wśród psychiatrów nie ma zgody, czy coś takiego jak uzależnienie od sieci rzeczywiście istnieje jako jednostka chorobowa. Nie funkcjonuje ono w międzynarodowej klasyfikacji ICD-10. W Polsce rozpatrywanie go jako odrębnego zespołu zaburzeń postuluje m.in. prof. Andrzej Jakubik. Jest on autorem terminu ZUI charakteryzującego kompulsywne zachowania w sieci i jej nadużywanie.

Pionierką badań w tym zakresie jest Amerykanka Kimberly Young. Jest ona współautorką dostępnej także na polskim rynku pracy „Uwolnić się z sieci”, w której wymienia kilka zasadniczych podtypów ZUI. Należy wśród nich wyszczególnić erotomanię internetową związaną z dostępnością pornografii, socjomanię, której źródłem jest nałogowe utrzymywanie kontaktów poprzez sieć przy jednoczesnym ich zaniku w „realu”, i uzależnienie od Internetu jako takiego, które łączy wszystkie inne symptomy i polega na potrzebie bezustannego bycia online, obserwowania, sprawdzania, co się tam dzieje, etc.

Terapeuci, również polscy, zajmujący się pacjentami z ZUI wskazują na jeszcze jeden niezwykle silny czynnik uzależniający, a mianowicie gry. Każdy, kto choć trochę się tym tematem interesuje, wie, jak łatwo przepaść na długie godziny w kreowanych na monitorze odrealnionych światach. Zdarza się, iż co bardziej „wkręceni” gracze zakładają sobie pieluchy, by się nie dekoncentrować. Są ludzie, którzy wpisują do CV osiągnięcia w grach, a pracodawcy traktują je jak prawdziwy atut.

ZUI należy do kategorii nałogów behawioralnych i w przeciwieństwie do chemicznych ma całkowicie inny zestaw objawów odstawiennych. U alkoholika albo narkomana raptowne odstawienie może się zakończyć hospitalizacją. Po odłączeniu od sieci odczuwa się typową reakcję utraty, jakby umarł ktoś bliski. Co więcej osoby z ZUI często są swojego problemu świadome. Irytują się, tracąc cenny czas na portalach społecznościowych, stronach z grami czy serwisach informacyjnych, jednak równocześnie, w przeciwieństwie do ogółu nałogowców, wcale się tego nie wstydzą. Owszem – usprawiedliwiają się – może niekiedy rzeczywiście przesadzamy, ale to przecież tylko Internet; wszyscy z niego korzystają, bawią się.

Zachwianie proporcji czasu to zresztą poważny sygnał ostrzegawczy. Podobnie brak kontroli nad nim. Jeśli siadamy do komputera na przysłowiowe „pół godzinki” i niepostrzeżenie mijają trzy godziny, to niewątpliwy znak, że dzieje się coś niedobrego. Niepokój powinna też wzbudzić nadmierna immersja, czyli pochłonięcie przez wirtualną rzeczywistość. Zwłaszcza że granica między nią a realnym światem coraz bardziej się zaciera. Konsekwencje ZUI są przede wszystkim dwojakiego rodzaju. Somatycznie grozi nam choćby nadwaga i problemy ze snem, a emocjonalnie – zanik bądź obniżenie kompetencji społecznych. Ludzie chronicznie surfujący po Internecie zatracają wrażliwość na niewerbalne sygnały, nie umieją nawiązywać autentycznych relacji z bliskimi, są zamknięci w sobie. Jeśli ktoś ma problemy w nawiązywaniu normalnych kontaktów, nadmierne korzystanie z sieci tylko je pogłębia.

W przypadku młodzieży ZUI, w przeciwieństwie do choćby narkotyków, często jest bagatelizowane.  Tymczasem – jak alarmuje wielu zajmujących się nim specjalistów – może wywoływać najzupełniej realną przemoc. Nastolatki pozbawione dostępu do komputera niekiedy wykazują typowe objawy syndromu odstawienia. Potrafią uderzyć. Są rodziny, które przez ZUI mają pozakładane niebieskie karty.

Według badań EUKids Online z 2011 roku aż 38 procent nastolatków w Polsce w wieku 11 – 16 lat łapie się na kompulsywnym surfowaniu, nawet gdy ich to specjalnie nie interesuje. Z kolei badanie CBOS z 2012 roku wskazuje, że ok. 2 procent Polaków poniżej 15 roku życia boryka się z problemem ZUI lub jest nim zagrożonych. 80 procent uzależnionych to gracze online. Są to głównie mężczyźni i chłopcy, dla których udział w grze to forma rekompensaty cech nieposiadanych w prawdziwym życiu. Reszta to użytkownicy portali społecznościowych. Tutaj dominują kobiety. Ogółem w grupie ryzyka są osoby – a konkretnie mężczyźni – poniżej 34 roku życia. Przy czym najbardziej narażeni są mieszkańcy prowincji, gdzie jest mniej alternatyw niż w dużych miastach.

Jeżeli zaobserwujemy u siebie którykolwiek z objawów ZUI, warto udać się po poradę do specjalisty, ale niemniej istotne jest nauczenie się, jak efektywnie korzystać z nowoczesnych technologii tak, by nie obróciły się przeciwko nam. Hilary Cash, amerykańska terapeutka prowadząca ośrodek dla osób uzależnionych od komputera, stworzyła zestaw zaleceń mających pomóc tę sztukę opanować.

Radzi ona m.in., by z komputera i komórki korzystać maksimum dwie godziny dziennie, wliczając w to czas przeznaczony na pracę, a jeśli tylko możliwe, pracować w trybie offline. Powinno się wyznaczać konkretne pory na sprawdzanie wiadomości oraz ustawić wszystkie urządzenia w taki sposób, by nie zalewały nas powiadomieniami. Kluczowe jest też wyraźne rozgraniczenie czasu zawodowego oraz prywatnego. Gdy jesteśmy z rodziną lub po prostu odpoczywamy, nie sprawdzajmy emaili z pracy i na odwrót.

Thiery Crouzet, wielki entuzjasta nowych mediów i autor książki „Odłączyłem się”, w której opowiada o własnym cyfrowym uzależnieniu, zauważa, że świat Sieci to świat wymuszonej natychmiastowości, w którym panuje ustawiczne rozedrganie, dysharmonia i rozproszenie. Już niebawem największym problemem nie będzie to, jak się do niej podpiąć, ale to, jak z niej wyjść, nie tracąc niczego, co ważne.



Wszelkie prawa zastrzeżone, treść oraz koncepcja działań mogą być wykorzystywane wyłącznie za pisemną zgodą.